Prolog, epilog i długość rozdziałów

Czy prolog jest potrzebny i wzbogaca naszą powieść? No i jak długie mają być rozdziały?


Prolog — wstępna część utworu zawierająca fakty, które poprzedzają główną akcję; może to być też komentarz autorski.
Epilog — końcowa część utworu, które zazwyczaj informuje o dalszych losach bohaterów lub komentarz autorski.

Widziałam, że niektórzy autorzy zamieniają albo mylą te dwa pojęcia i zaczynają opowiadanie/powieść epilogiem, co mnie mocno dezorientowało. Nie, tak się nie robi. Prolog na początku, epilog na końcu. 
Co do samych prologów, to omijam je szerokim łukiem. Jestem do nich bardzo źle nastawiona. Zazwyczaj prologi nie mówią o niczym. Czytelnik często dostaje skrawek jakiegoś one shota z akcją, z nieznanymi mu bohaterami i jakąś tragiczną sytuacją, która powinna nim wstrząsnąć. Autor buduje klimat grozy, jako haczyk do połknięcia, ale nie wie, że jak zaczyna, pokazując swój warsztat, tak powinien trzymać poziom i klimat do końca powieści. Inaczej czytelnik będzie rozczarowany. Oczekiwał grozy, a dostał obyczajówkę.
Jakiś czas temu zaczęłam czytać książkę (fantasy) od prologu i była w nim pewna akcja z tragicznym końcem. Jednakże wszystko było tak źle opisane, że nie miałam zielonego pojęcia, o co chodzi. Autor próbował wzbudzić we mnie niepokój, ale jedyne co mu się udało, to jedno wielkie WTF na twarzy. Czułam, że niemal siłą próbował mi sprzedać tani chwyt, jakim jest robienie złowrogiego szumu wokół, powiedzmy, fiolki z magiczną substancją. Ta fiolka wzbudzała przerażenie u bohatera, a u mnie zdezorientowanie i litość. Zostałam wrzucona w wir pełen różnych nazw, o których nie miałam zielonego pojęcia. To tak, jakby zacząć czytać Harry'ego Pottera od historii Insygni Śmierci czy od sceny walk w Hogwarcie, gdzie rzucane są zaklęcia. Czułam niesmak i zdezorientowanie. 
Chcę być najpierw oprowadzona po świecie, do którego wkraczam. Poznać bohaterów i ich losy, żeby móc przejmować się złymi wydarzeniami. Dla mnie prologi to zwyczajnie tani chwyt i jedno z gorszych sposobów na zaczęcie powieści. Oczywiście nikt nie musi się ze mną zgadzać. Nie zabraniam, nie mówię, że prologi to błąd ani nic w tym stylu. To tylko i wyłącznie moja opinia.

Długość rozdziałów

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie i nie szukaj jej w internecie. Nie pytaj ludzi, bo każdy inaczej odpowie, a to przysporzy Ci tylko więcej kłopotów niż pożytku. Naprawdę. Rozdział może mieć 500 słów lub 10 000. Nie ma znaczenia. Ma jednak znaczenie to, co jest zawarte w treści. Musisz wiedzieć, że w danym rozdziale wątek, który chciałeś poruszyć, został wyczerpany. Nie ma też po co się rozpisywać, aby rozdział miał jak najwięcej stron czy słów. To bez sensu. Pamiętaj, liczy się jakość, nie ilość.
Od siebie dodam, że rozdział zawierający 500 słów to jest jak paragon z zakupów spożywczych. I to tych codziennych. Na 500 słów to ja mogę dać sam opis, a gdzie reszta? Nim czytelnik się wczuje w sytuację, już skończył czytać. Czy to ma sens?
W takim razie, czy powinniśmy inaczej podchodzić do rozdziałów publikowanych w Internecie?
I tak, i nie. W Internecie publikujesz zazwyczaj jeden rozdział na jakiś czas. Czy to tydzień, czy miesiąc lub dłużej. Nieważne. Ważne, że nie wrzucasz całej książki, dlatego ważne jest serwowanie tekstu w odpowiedniej dawce.
Z moich obserwacji wynika, że są trzy typu czytelników.
  • Typ I Ulubieńcy świstków zakupowych. Rozdział 500-600 słów im absolutnie wystarczy i jeszcze powiedzą, że to dużo. 
  • Typ II Ulubieńcy 1 000-5 000 słów. Tu przynajmniej możemy już dostać porządną dawkę tekstu. Nie za dużo, nie za mało. W sam raz jak na rozdział w Internecie.
  • Typ III Ulubieńcy długich rozdziałów od 5 000 słów wzwyż. Nawet do 10 000. A to jest bardzo dużo.
Jak piszemy do szuflady, tak nie musimy za bardzo przejmować się długością. Natomiast gdy zdecydujemy się publikować naszą twórczość, pragnę tylko zauważyć, że znaczna ilość ludzi woli średniej długości rozdziały. Jest tym drugim typem. I wcale się nie dziwię. Mnie samej lepiej i szybciej czyta się rozdziały średniej długości. Mamy sytuację, gdzie jest, powiedzmy, 10 rozdziałów; każdy z nich ma około 7 tys. słów. Mamy też 30 rozdziałów, ale każdy rozdział ma około 3 tys. słów. Optycznie lepiej wygląda druga opcja, bo szybciej skończymy rozdział, więc będziemy czuli, że jesteśmy coraz bliżej końca. Co nie znaczy, że bardzo długie rozdziały są złe. Nie, nie są.
Inną sprawą jest styl i fabuła opowiadania. Można napisać krótki tekst, który będzie bardzo męczący, a można napisać długi i czytelnik przepłynie przez niego jak nóż przez masełko. I jeszcze będzie mu mało! I to przede wszystkim ma duży wpływ na to, jak czytelnikowi będzie się czytało. Łatwo lub topornie. 
Uważam też, że ważną sprawą jest utrzymanie długości rozdziałów w podobnych ilościach słów. To lepsze rozwiązanie dla czytelnika, który przyzwyczai się i nie zostanie (nie)miło zaskoczony, gdy po rozdziale na 2 tys. słów dasz 10 tys. wyrazów. Owszem, może tak się zdarzyć, ale myślę, że lepiej tego unikać. 

Waszym zdaniem, ile słów powinien mieć rozdział? Jakie Wam najlepiej się czyta i jak długie rozdziały sami piszecie?